11/19/2007

17/10/07 San Francisco

Na rest area sporo samochodów, na oknach pozawieszane ręczniki, kurtki, coś, czym można całkowicie zakryć szyby.
I znowu niepewna pogoda psuje nam nastroje. Ruszamy na zatokę Golden Gate, ku San Francisco. Szybko wpadamy na piękny korek i w ślimaczym tempie czołgamy się aż do mostu. Pogoda poprawia się z minuty na minutę. Thanks, Crazy Horse... Przejeżdżamy przez most Golden Gate!

Jeden z "american dreams" polskiej turystyki zrealizowany... Most, jak i cała zatoka, często skrywa się pod mgłą, dając okazję do produkcji atrakcyjnych widokówek. Mgła była przyczyną przeoczenia zatoki przez takich tuzów żeglarstwa jak Juan Rodríguez Cabrillo, czy Francis Drake. Odpowiedzialna jest za to Dolina Kalifornijska (Central Valley), której częścią jest zwiedzana wczoraj dolina San Joaquin.
Z meteorologicznego punktu widzenia sprawa jest dość prosta: wysokie temperatury w dolinie (zwłaszcza latem) powodują unoszenie się mas powietrza. Przyczynia się to do powstawania silnych prądów wiatru na Pacyfiku i przesuwania się wilgotnego powietrza na kontynent. Powietrze przeciska się przez wzgórza okalające zatokę, tworząc tu gęstą mgłę, a wielką warstwę chmur na całym obszarze doliny. Na zdjęciach satelitarnych wygląda to niesamowicie:







Przejechać Golden Gate oczywiście nie wystarczy. Wracamy na most bez samochodu. Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć "scenic view" mostu od północy, to może to zrobić tutaj (obraz "dookoła głowy", w formacie quicktime). Sto fotek później jedziemy szukać parkingu, na którym możemy zostawić samochód na cały dzień. Przy okazji przekonaliśmy się jak użytecznym wynalazkiem jest automatyczna skrzynia biegów. Prawdopodobnie wymyślili ją właśnie w San Francisco...Co do parkingu, wybór pada na jeden w wielu w okolicy stadionu. Footbalowego oczywiście. Ruszamy piechotą w kierunku ratusza, mijamy mocno zaniedbane przecznice. Skomentowała to sztuka. Na przecięciu ulic Howard z Szóstą, stoi kamienica/instalacja/rzeźba "Defenestracja".

Na placu ratuszowym decydujemy się na śniadanie. Organizujemy wszystko na trawniku, budząc pewne zainteresowanie wśród kręcących się "bums" - (
a bum - włóczęga, menel). Na placu pełno Japończyków/biznesmenów robiących sobie zdjęcia z ratuszem. Urocze.

Azjaci przed ratuszem

W programie zwiedzania San Francisco nie mamy miejsca na sławne Alcatraz; po pierwsze czas, po drugie byliśmy już w mniej sławnym Deer Lodge. Koncentrujemy się na wędrówce po północno-wschodniej części najgęściej zaludnionego miasta Stanów. Idziemy w kierunku Chinatown, mijamy Telegraph Hill, by dojść na północny brzeg półwyspu, do Marina District.

Telegraph Hill

Nachylenia ulic sięgają nawet 40 stopni. Spacerując (wspinając się) po San Francisco docieramy do słynnej Lombard Street, najbardziej zakręconej ulicy na świecie. Dookoła stoją wypasione domostwa. Trafiliśmy idealnie w porę. Sytuacja kuriozum - roztropny szofer wpakował się długaśną limuzyną w sam środek ulicy i utknął na jednym z zakrętów, nie mogąc wymanewrować.


Parking otwarty jest tylko do 19.oo (potem zamykają cały budynek i nie ma szans na odbiór samochodu aż do rana, co kosztuje biletem na kolejne kilkanaście godzin). Postanawiamy wracać (drugi koniec downtown), fundując sobie przejażdżkę sławnym trolejbusem. (Nie)Przypadkowo wsiadamy w numer 13.

Przystanek początkowy cable cars

Jedzie zbyt wolno, nie zdążymy. Gdy na zegarze zostaje 20 minut, wyskakujemy. Biegniemy ponad 3 kilometry na parking. Czterech gości, ubranych raczej niechlujnie jak na warunki "main street of San Francisco", biegnie gęsiego, pełnym gazem, potrącając przeglądających się w witrynach spacerowiczów. Wyglądało to na ambitną ucieczkę początkujących opryszków, idealne na 'intro' do serialu "Streets of San Francisco"...



Nie obyło się bez strat. Poza granicznym zmęczeniem u wszystkich, Wiktorowi wypada cyfrówka, lądując prosto na betonie. Przeżyła. Na parking dopełzamy równo o 19ej.

Podjeżdżamy raz jeszcze do Mariny, rozejrzeć się - teraz przy sztucznym oświetleniu - po okolicznych rozrywkach dla turystów. W sumie standard: elektronika, żarcie, turystyczny junk.
Tego wieczoru dowiadujemy się, że nie wypali szansa na jutrzejszy darmowy nocleg w LA, znajomy z Mackinaw City ma problem z mieszkaniem, do którego nas zaprosił. Nagle musi się wyprowadzić, bo awaria na osiedlu. Chętnie za to służy adresami hosteli. Można powiedzieć, ze rozwiązał to w czysto amerykańskim stylu, w białych rękawiczkach. Nie ma problemu - na mapie mamy świetnie zlokalizowany Rest Area...
Dzisiaj decydujemy się na nocleg pod SF, a jutro przejażdżka po kolejnym amerykańskim śnie - autostradzie nr 1.







Mapa San Francisco (www.aaccessmaps.com):



11/18/2007

18/10/07 California State Route 1

Dzisiaj randonée po Highway 1, uznawanej za najpiękniejszą autostradę USA.
Wycieczkę rozpoczynamy wjazdem do jednego z amerykańskich barów/szwedzkich stołów, czyli "all-you-can-eat buffet". Z knajpy wychodzimy skrajnie wyczerpani, choć Wiktor po krótkim namyśle wraca do środka po deser.

Wybrzeże na tym odcinku jest strome i skaliste. Jest rejon Big Sur, punkt docelowy wielu kalifornijskich bogaczy i turystów.
Podróż jakaś dla mnie leniwa, popełniam grzech przespania kilkudziesięciu minut na tej efektowniej trasie...
Przed zachodem słońca zatrzymaliśmy się w miasteczku Cayucos. Podczas spaceru po tamtejszym molo dostrzegamy podejrzanych typów kręcących się koło hyundaia. Na szczęście skończyło się tylko na naszym niepokoju. Za to na plaży trwała ciekawa sesja zdjęciową. Nastolatki liceum pozowały do zdjęć z krowami...
Ruszamy z Cambrii po zmierzchu, decydujemy się zjechać z wybrzeża na szybszą 5-tkę. Na trasie tracę jeden zjazd i kończy się to poszukiwaniem wielkiej autostrady na wyboistej i z pewnością nie przeznaczonej dla turystów, pustynnej szosie. Zawracamy, ale tracimy na tym jakieś 40 minut.
Interstate 5 docieramy do Rest Area niedaleko Lebec, które znajduje się 40 mil na północ od Santa Clarita.
Dlaczego Santa Clarita?
Na przykład dlatego:



Jutro wielkie amerykańskie święto: Six Flags Day.



Trasa, dzień 11 (ok. 350 mil):


View Larger Map

11/17/2007

19/10/07 Six Flags Magic Mountain

Wideo, które zamieściłem we wczorajszym poście, nagrało dwóch jankesów, którzy zaliczali przejazd nie po raz pierwszy.

I teraz rzecz, w którą trudno będzie niektórym uwierzyć - do Six Flags Magic Mountain , jednego z największych parków rollecoasterów, nie zabieramy aparatów. Nietrudno opisać rollercoastery. Zrobić "filmiki" jeszcze łatwiej. Tyle że zdjęcia i opis nie oddadzą przeżycia przejazdu na Tatsu, gdzie siedzi się głową do przodu.








czy X², gdzie siedzenia ustawione są na zewnątrz szyn, mając dzięki temu możliwość obrotu o 360 stopni...








Six Flags jest odpowiedzią kompanii Warner Bros. na Disneyland pod Los Angeles i Sea World w San Diego. Odpowiedzią całkiem udaną.

Z parkingu pod kompleksem można iść pieszo tylko pod warunkiem, że zajedzie się tam wcześnie rano. Wtedy spacer może nie przekroczy 10-ciu minut. Autobusy z pasażerami jeżdżą tu jak na lotniskach.

Ponieważ jesteśmy żółtodziobami w tej kwestii, bronimy poglądu, że najlepsze wrażenia są przy pierwszym przejeździe. Potem jest tylko oczekiwanie (rodzaju "oh, here it is...") na konkretny skręt i pewnego rodzaju znużenie.

Wielkie halo Six Flags - Superman, okazał się według nas największą klapą. Najpierw napięcie rośnie - wchodzi się do komnaty na Kryptonie, gdzie klimatyzacja szroni ramiona. Potem wsiadasz do kolejki, a ta wystrzeliwuje Cię z jakimś tam rekordowym przyspieszeniem, osiągając jakąś tam rekordową prędkość 100 mil na godzinę, po czym wracasz tyłem do kierunku jazdy i chce ci się rzygać. Nudno.

Niezłą jazdę mieliśmy za to w Gotham City. Batman. Udało nam się usiąść w pierwszych wagonach. Na domiar dobrego było już ciemno...
Konstrukcja tego coastera pozwala na lot bardzo blisko gruntu, mijając co chwilę wielkie słupy podtrzymujące kolejkę. Niby standard, ale te słupy przelatują obok ciebie na odległość nosa. Jeśli doda się do tego sytuację po zmroku, gdy widzisz je na pół sekundy przed minięciem, możesz zaaplikować sobie niezłą porcje ulubionych hormonów...

Wcześniej, dla odpoczynku, sprawdziliśmy "średnią" w skali kolejkę - Gold Rusher(Poszukiwacz Złota):




Wagoniki ciasne, jesteśmy chyba najstarszymi klientami tej trasy. Lekko i przyjemnie, choć dzieciaki piszczą gorzej niż dorośli na gigantach. Potem poszliśmy na grupową randkę - Log Jammer. Wsiada się parami do pustych pniaków i romantycznie sunie się po wodzie.


Chłopaki pobiegli jeszcze na Ninję, ja odpuściłem w chwili słabości.

Najwięcej frajdy zrobił na nas Goliath.





Po pierwsze, jedzie się nim aż 3 minuty (Tatsu tylko 1:40), mnóstwo spadów, skrętów...po drugie, ma "klasyczny" design. Zrobiliśmy na nim dwa podejścia. Przy drugim usiedliśmy w wagoniku razem z dziewczynami z high school. Przejeżdżając przez tunel, w którym robią zdjęcia (schodząc z kolejki można je wywołać ad hoc, za jakieś 20$...), mamy zmasakrowane przeciążeniem twarze,a ręce powyginane od kurczowego trzymania się krzesełek. Widzimy to właśnie na tych zdjęciach. Za to dziewczyny z tyłu nie tylko doskonale wiedziały gdzie strzelają foty, ale postarały się też o gest znany z reklam pewnej marki odzieży...
Pod wieczór zaczęło być groźnie. Na wąskich przejściach i ścieżkach puszczano sztuczny dym, do tego liczna grupa przebierańców straszyła ludzi, włażąc niemal na plecy lub podjeżdżając pod nogi na rolkach puszczających iskry. Wiadomo, zbliża się Halloween.

Park jest duży, możecie go prześledzić tutaj, ale uprzedzam, że mapka jest dalece umowna :)
Do przyjrzenia się konkretnym rollercoasterom, zapraszam na specjalną stronę http://www.rcdb.com/. Jeśli ktoś chce zobaczyć kilka filmów, podrzucam skrót na materiały zamieszczone w you tube.

Wyjechaliśmy z parku grubo po 20.oo, silny ból głowy po tym wszystkim. Odpuściłem chyba dwa coastery, chłopaki wzięli wszystkie, w które można było się zmieścić. Szacunek.

Dzień kończymy szybką kolacją w jakimś fast foodzie i pakujemy się do motelu.

Jutro LA.

11/16/2007

20/10/07 Los Angeles

Po wczorajszej masakrze w Six Flags, z trudem podnosimy głowy.

Można powiedzieć, że nie zależało nam na "zdobywaniu" Miasta Aniołów.
Miasto jest imponujące, zwłaszcza z perspektywy sławnej Mulholland Drive.

Centrum (downtown) L.A. w niedzielę rano wygląda jak urbanistyczna pustynia. Pojedyncze jednostki błąkające się po szerokich chodnikach, raz po raz jakiś samochód. Pierwsze poruszenie jakie widzimy, to długa kolejka przed wejściem do jednego z coffee-shops.
Znajdujemy ulicę Kościuszki, trafiamy na jakieś wielkie patio jednego z biurowców... Cała ta anielska przestrzeń wydaje się nieprzychylna dłuższemu przebywaniu. Zwiedzamy budynek Bradbury'ego, w którym kręcono m.in. Blade Runnera Ridley'a Scotta, reżysera pierwszej części Obcego.


Sporo czasu spędzamy w Bibliotece Publicznej Los Angeles, a dokładnie w budynku Biblioteki Głównej, im. Richarda Riordana (39. gubernatora Los Angeles, w latach 1993-2001). Biblioteka Los Angeles jest trzecią co do wielkości w USA. Jej sieć tworzy ponad siedemdziesiąt filii. Wewnątrz budynku głównego, stajemy naprzeciw mieszanki kompleksu handlowego z centrum multimedialnym. Na przykładzie Wrocławia - Galeria Dominikańska jest pełna stanowisk komputerowych, gdzie zamiast sklepów mamy kilka pięter wielkich sal poszczególnych działów (sic!) świata tekstu - filozofia, historia, komiks, literatura antyczna, literatura dziecięca...itd. Ponad 6 milionów książek, nie licząc nośników cyfrowych. Literatura dostępna w 28 językach. Dla porównania, społeczeństwo Los Angeles posługuje się 224 językami (za wikipedią). Oczywiście jest biznes - księgarnie-papeterie. Sercem i krwią tego projektu wydaje się natomiast ciągły ruch - wystawy, zajęcia kulturalne, angażowanie najmłodszych. Amerykanie społecznie spełniają się głównie w dwóch formach działań: albo w projektach-instytucjach albo w gwałtownych reakcjach na tragedie, vide Nowy Orlean, czy tragedia WTC.

Jedziemy metrem na północ, czas na błyszczące Hollywood.

Stacje metra wydają się być metaforą struktury i filozofii społecznej miasta (może USA w ogóle) - wielokolorowa mozaika kwadratów tej samej wielkości. Wysiadamy na samym początku Hollywood Boulevard, na jego wschodnim końcu. Zamiast czerwonych dywanów widzimy brudne, puste ulice, jakieś zagubione indywidua...turystyczne nieporozumienie.
Okazuje się, że ta "właściwa", czyli gwiaździsta część deptaka jest około dwóch kilometrów dalej.

Street Art w Hollywood nawiązuje rzecz jasna do kinematografii.

Piękność na muralu Alfreda de Batuc to Dolores del Rio, gwiazda czasów Złotego Wieku Hollywood. Ciekawy wydał mi się mural widzów oglądających pewien film...:


Na odcinkach pokrytych sławnymi gwiazdami tętni turystyką. W McDonaldzie turyści mieszają się z biedotą i ludźmi poubieranymi jakby byli w przerwie zdjęć filmowych.
Szlak gwiazd gubi się w masie przechodniów. Nie da się jednak przegapić największej gwiazdy wszechświata - Chucka Norrisa.
Szukamy sławnego napisu Hollywood, z Bulwaru Hollywood wygląda mizernie. Poza tym lista jego kopii jest tak szeroka, że można sobie wybrać coś, co leży bliżej miejsca zamieszkania. Po zwiedzeniu aktorów rozdzielamy się - chłopaki jadą na dół do Staples Center, na mecz przedsezonowy NBA Los Angeles Lakers, ja zostaję na północy. Celem tułaczki bez celu. Najpierw na północ, w stronę Universal Studios. Idąc piechotą na wzgórze kompleksu studia Universal, doświadczyłem czegoś, co wspomina wielu europejczyków, mających okazje spacerować, czyli używać nóg dłużej niż jest to konieczne dla dostania się do samochodu/metra/autobusu. Po spojrzeniach tubylców jesteś w najlepszym przypadku nieamerykańskim turystą, aczkolwiek to przypuszczenie w kilka sekund zmienia się w dziwaka, potem w podejrzanego typa. Idę zobaczyć Rzekę Los Angeles. Jest ona świetnym dowodem ludzkiego przekształcania natury. Cienka strużka wody zatopiona w betonie... Zjeżdżam metrem, tym razem na stację Hollywood West i skierowałem się ku Beverly Hills, na Sunset Boulevard. Mijam Guitar Center Hollywood's Rock Walk, na wejściu odciśnięte dłonie największych rockmenów świata. Zaczęło się ściemniać (co w LA może nie wróżyć dla zagubionego turysty niczego dobrego), więc opuszczam Beverly Hills i kieruję się w dół. Schodzę północną Fairfax Avenue, po prawej The Cinemafamily, kino filmu niemego, kolebki Hollywood.

Na Beverly Boulevard znajduję przystanek autobusowy. Czekam kilkanaście minut na bus jadący w stronę Staples Center. Samochód zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu oddalonym kilka minut od hali. Wsiadając pytam, ile za bilet do Staples, na co kierowca odburknął szybkim "sit down". Na miejsce jechałem grubo ponad godzinę. Metro zajmuje ok. 15 minut.

Chłopaki wrócili o blisko godzinę później niż planowali. Okazało się, że był podwójny mecz, L.A. Clippers vs Phoenix Suns, potem L.A. Lakers kontra Charlotte Bobcats.
Po krótkiej naradzie uderzamy jeszcze na Long Beach. W drodze na południe nasz gps nie dał rady. Ośmiopasmowe obwodnice, zalew samochodów, dziesiątki zjazdów i ok 90km/h - nie dało się reagować na czas. Noc nie ułatwiała zadania. Warto zeskalować mapę do poziomu 200 metrów i na warstwie "terenowej" przyjrzeć się dwom węzłom autostrad 5 i 10, położonym na wschód od przecinającej L.A. Los Angeles River, między dzielnicami Little Tokyo, Mission Junction i City Terrace.
Po kilkudziesięciu minutach docieramy do miasta Long Beach - ściślej do miejskiej plaży tuż przy Marinie Green Park. Plaża o szerokości jakichś 100 metrów, płaska jak asfalt. Krąży na nad nią co chwilę policyjny helikopter.

Dobija już 21.oo, a przed nami jeden z trudniejszych odcinków tripu. Nocny atak na Grand Canyon. Najpierw trzeba przebić się przez metropolię, potem wytrzymać na pustyni. 500 mil walki o doświadczenie wschodu słońca nad Grand Canyon. Zmieniamy się co dwie godziny. Ciężko, przysypiam za kółkiem. Trzeba to odkupywać chwilowymi postojami na stacjach. Ładowanie się zimnem i powietrzem, i dalej. Za Williams zmienia mnie Darek. Już jest jasno, a my jeszcze w trasie! W niektórych momentach łamiemy przepisy o jakieś 30 mil. Udało się.






mapa Los Angeles:


View Larger Map

Nocna trasa do Gran Canyon (ok. 500 mil):


View Larger Map

11/15/2007

21/10/07 Grand Canyon

Ostatni fragment wyścigu o "południowy" Kanion, droga nr 64 z Williams, wygląda na zaaranżowaną. Przez 80% trasy jest pustynnie. Na kilka mil przed wielkim wydarzeniem wyrastają krzewy, potem drzewa. Wszystko jest umyślnie zamaskowane, by przedwcześnie dostrzeżony (wcześniej niż na samym jego brzegu) zniszczył narastające oczekiwanie. Pisać o cudzie (a zarazem o największym materiale badań naukowych) Grand Canyon nie widzę sensu...na widok 10 milionów lat można tylko otworzyć usta i podziwiać. Nie dotarliśmy na słynną kładkę ze szkła Grand Canyon Skywalk. Ta znajduje się w zachodniej części Parku, na terenie rezerwatu Indian Hualapai. Dla ciekawych wszystkiego, materiał wideo z you tube.

Docieramy więc nad Kanion idealnie. Słońce zaczyna rysować pierwsze Świątynie rzeki Colorado. Jest bardzo zimno. Grubo poniżej 10C, do tego ostre powietrze.


Może zabrzmi to dziwnie, ale oglądanie Kanionu z samej krawędzi również nie ma większego sensu. Chyba, że ma się ochotę na zabawę z mapą i wskazywania kolejnych Świątyń - Buddy, Konfucjusza, Głowy smoka...tych kilkanaście kilometrów przestrzeni zlewa się w płaską tapetę, na której trudno wyczuć wielkość kanionu w jej fizycznym wymiarze. Dopiero wycieczka w dół, konno, daje jakąkolwiek możliwość doświadczenia dzieła natury. Mieliśmy okazję dostrzec pierwszą bazę szlaku w dół rzeki. Skupisko kilku domów - ledwo widzialnych z góry. Dotarcie do nich zajmuje około jednego dnia wędrówki.


Wystarczyło jednak zejść kilkanaście metrów w dół, poza zakres turystycznych krzyków i odgłosów lustrzanek, by doświadczyć nieprawdopodobnie czystej ciszy, która po chwili rozsadza głowę.
Część szlaku wzdłuż południowego kanionu pokonujemy autobusami. Chwila przerwy owocuje błyskawicznie:


Pobyt nad Kanionem zamykamy zachodem słońca na zachodniej stronie parku, przy punkcie Desert View.

Ruszyliśmy na północ, Wiktor z Darkiem odpłynęli po kilku milach jazdy.

Docieramy do miasteczka Page. Odwiedziliśmy tamtejszy Wallmart. Mieli dużo kiełbasy, która ma status dość wysoki:


Wiktor skusił się na kupno sera a la hochland, w plasterkach. Kilkanaście centów. Stopień ohydy tego czegoś wzbudza pewien respekt...jak może być coś tak genialnie niesmacznego? Czy trzeba wspominać, że skoro to coś było kosmicznie tanie, to wzięliśmy kilka paczek na zapas? Nie dało się tego jeść ani z musztardą, ani z keczupem. Pseudożarcie z biedronki to przy tym frykasy. Będziemy męczyć te plasterki jeszcze długo po tym, jak Wiktor opuści nas w Las Vegas. Ostatecznie wyrzucimy go do kosza na rest area pod Phoenix... Musztardę też. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Welkie dzieło przyrody za nami. Jutro okaże się, że Grand Canyon może być traktowany jako preludium do cudów z piasku w stanie Utah.



Dzień 14, trasa do Page (ok. 137 mil) :


View Larger Map

11/14/2007

22/10/07 Zion National Park/Las Vegas

Trasa Denver-Page. Przy najkrótszej opcji - siedmiuset mil, podróż zabrała by nam oficjalnie jakieś 10 godzin. My zrobiliśmy ją w dwa tygodnie, mając na liczniku prawie 5.000 mil. Te dwa tygodnie nie byłyby stracone, gdybyśmy zostali wyłącznie w granicach Utah.

Rano w motelu mamy okazję na pranie. Pralki z bębnami są tutaj rarytasem. W pralniach płacisz za nie więcej niż za typowe maszyny. Te mają w środku śmigło, które łatwiej niszczy ciuchy. Ciuchy takie jak T-Shirty można tu kupować równie często jak płatki kukurydziane. Tak więc w motelu są tylko te śmigła. Na szczęście Amerykanie nie lubią suszyć i prasować. Suche i niewygniecione ciuchy w godzinę, dwie, dzięki automatycznym suszarkom. Późnym ranem ruszamy na zachód, w kierunku Zion National Park. Naszpikowane kanionami-cudami geologii Utah. National Arches Park, Glen Canyon, Canyonlands, Bryce Canyon... My mamy dylemat między tym ostatnim a Zion.
Decydujemy się na drugi, leżący najdalej na zachód, w drodze do Las Vegas. Jest bliżej, będzie więcej czasu na wędrówki. Główna atrakcja Parku, kanion Zion (z herbajskiego -pierwotnie- "wysoki", obecnie "ziemia obiecana") jest niewielki w porównaniu z sąsiadem z południa. 24 kilometry długości, 800 metrów głębokości. Ma za to jeden plus - jest na miarę ludzkich możliwości...




Angels View (fot. wikipedia)

Park w swych początkach nosił inne imię - Mukuntuweap National Monument, jednakże społeczność mormonów, która w połowie XIX wieku jako pierwsza grupa ludzi zachodniej cywilizacji zasiedliła te ziemie , nie akceptowała nazwy indiańskiego pochodzenia. Dla nich były to ziemie raju hebrajskiego. Do parku wjeżdżamy malowniczą Zion-Mt.Carmel Highway. Podobno wschodnia strona Parku jest najciekawszą jego częścią. Wiele tworów na tym obszarze nie ma nadanych nazw. Wschód jest więc dla Amerykanów na pewien sposób nieuformowany/nieznany. Wędrówkę rozpoczynamy od okolic Checkboard Messa (Szachownica) i Sandbluff.

Zion National Park. W tle Checkboard Messa

Wiktor na Sandbluff

Skały kanionu to głównie piaskowiec. Pocierając dłonią, każda skała rozsypuje się na oczach. Z geologicznej perspektywy, liczonej w milionach lat, kanion (ponownie) obróci się w piaszczyste wydmy.

W kanionie obowiązuje zakaz używania prywatnych samochodów. Wgłąb można się dostać tylko na piechotę albo parkowym autobusem. Parki Narodowe USA walczą o byt, któremu zagraża ich własna, ogromna popularność.
Dojeżdżamy do szlaku prowadzącego na Weeping Rock (Płaczącą Skałę). Z daleka wygląda niczym nowotwór z mchu i roślinności. Do zmierzchu poszukujemy "Ukrytego Kanionu" schowanego w onirycznych skalnych korytarzach.

Szlak na "Hidden Canyon"

Wyjeżdżamy z kanionu po zmroku, kierunek Vegas. Wjazd do mekki hazardu ma sens tylko w nocy. Kilkanaście minut poszukiwań noclegu, w końcu zajeżdżamy do motelowej meliny na Tropicana Avenue. Mamy dylemat, który bolał nas już w LA - nie wiemy, gdzie nasze rzeczy będą bezpieczniejsze - w hyundaiu czy w pokoju...

Idziemy na pierwsze rozeznanie terenu. Kicz zalewa nas z każdych stron, a my ledwo co weszliśmy na skrzyżowanie złotego MGM Grand Hotel z makietą Manhattanu...

Hotel/Kasyno "Excalibur" ma skrzyżowaniu West Tropicana Avenue i South Las Vegas Boulevard

Dalej już tylko lepiej - miniParyż, turyści w piżamach (po co się męczyć w ciuchach, i tak zaraz usiądą przy jednorękich bandytach), pełno Meksykanów z ulotkami prostytutek i klubów striptizowych. Dziewczyn nie ma na ulicach, to pewnie efekt kolejnego etapu informatyzacji społeczeństwa... Latynosi stoją wzdłuż największych ulic Vegas i niezmordowanie uderzają o te ulotki kciukami. Brzmią jak nowy, miejski gatunek świerszczy.

Ceny noclegów, wyżywienia i innych niezbędnych do życia potrzeb są tutaj o wiele niższe niż w innych stanach. Nic dziwnego - oprócz pustyni, Nevada nie oferuje nic innego, jedynie turystykę nakierowaną na hazard. Ludzie mają przyjeżdżać po to, żeby zostawiać kasę w dziesiątkach kasyn, a nie w kiepskim żarciu u Chińczyka. (Chińskie buffets mają najtańsze jedzenie pośród innych (meksykańskich, amerykańskich) barów).

Spektaklem przyciągającym największą rzeszę turystycznych kamer i aparatów, to bez wątpienia pokaz fontann hotelu Bellagio w towarzystwie muzyki. Trafiamy na "Time to say goodbye" Andrei Bocelli i "Viva Las Vegas" samego króla Elvisa.

Fontanny Bellagio

Jest to przedostatni wieczór Wiktora z nami. Do motelu wracamy o ludzkiej porze, szykując się na jutrzejsze emocje na "zielonych stołach".





Mapa w formie dynamicznej z oficjalnej strony Parku.

Trasa, dzień 15 (ok. 290 mil):


View Larger Map

11/13/2007

23/10/07 Las Vegas

Dzień w Las Vegas zaczynamy od wielkiej masy betonu - Zapory Hoovera, położonej niedaleko Vegas, ok. 50km na południowy wschód. Jest ona połączeniem Arizony z Nevadą, na ich granicy łączą się także dwie strefy czasowe. Patronem dzieła jest Herbert Hoover, 31. prezydent USA w latach 1929-1933. Przed prezydenturą, Herbert Hoover odegrał kluczową rolę jako główny koordynator projektów dotyczących logistyki, energetyki, systemów irygacyjnych i przeciwpowodziowych. Znany jest także ze swojej działalności humanitarnej. Organizował pomoc dla milionów głodujących w Rosji bolszewickiej. Za jego kadencji wybuchł tzw. Wielki Kryzys, największa klęska ekonomiczna XX wieku. Walczyć z nią będzie także jego następca, Franklin Delano Roosevelt. Herberta Hoovera nie należy mylić z Johnem Edgarem Hooverem, pierwszym dyrektorem sławnego FBI. J.E. Hoover był głową Biura przez prawie 40 lat. Za jego kadencji Biały Dom miał sześciu gospodarzy. To dzięki "obsesji", jak określali współpracownicy Hoovera jego nastawienie do komunizmu, prace Senate Internal Security Subcommittee szły tak dobrze, a ówczesna inwigilacja środowisk opiniotwórczych może służyć innym krajom za wzór.


Fot. Wikipedia


Tama nie wzbudziła w nas nie wiadomo jakiego zachwytu. Ukończony ponad 70 lat temu (1935) projekt Zapory był na ten czas największą elektrownią wodną, a przy tym największą konstrukcją betonową na świecie. Poza rolą dostawcy energii, tama stanowi kolejne centrum turystycznego biznesu. W pewnym sensie jest tu biznes "czysty", bo poza betonem nie ma tu za darmo wiele do oglądania. Bez okularów słonecznych trudno wytrzymać. Bez czapki też. Światło odbite od tej wielkiej ściany może oślepić, temperatura, mimo że mamy październik sięga spokojnie powyżej 30C. Okolice tamy są w głębokim w remoncie, dookoła wszystko rozkopane.



Superman dla jej odbudowy (oczywiście pod przykrywką ratowania Lois Lane ;) ) nie waha się poruszyć nieba i ziemi (gość w chmurach to wielki Marlon Brando):






Wracamy do Vegas. Nadszedł czas na "chińczyka". Kręciliśmy się po mieście dość długo, szukając tego najlepszego. Polska pora obiadowa różni się nieco od tutejszej tradycji lunchu. Między 14.00 a 17.00 w knajpach są pustki, a nas taka sytuacja jak najbardziej urządza. Niestety, pustki dotyczą tak obecności innych głodnych jak i zawartości garnków. W tych godzinach wykłada się lekkie potrawy lub resztki z zeszłego dnia. Nam to nie przeszkadza. Wyżerka za 6 dolców nikomu nie powinna przeszkadzać...
Wprawiliśmy Azjatów w małą dezorientację, żeby nie powiedzieć osłupienie. Kelnerka przyniosła nam rachunek dość szybko, po naszej II rundzie talerzy. Założenie, że zaraz wymkniemy się z knajpy było bardzo mylne. Nie dostrzegła bowiem tego, że nie zjedliśmy jeszcze drugiej części drugiego dania, a po nim czekają na nas desery - pierwszy owocowy, drugi oparty na ciastkach i lodach. W pewne osłupienie wprawiłem też kasjera, którego spytałem, czy mogę sam sobie dolać wody (
to have a refill). Bo po co męczyć kelnerkę, która w tych godzinach może sobie pozwolić na chwilę oddechu? Ten ruch był co najmniej niebezpieczny.

Po skromnym obiedzie postanawiamy spojrzeć wreszcie szczęściu w oczy. Wiktor poszedł się pakować, a mu w trojkę skoczyliśmy do kasyna w hotelu Luxor, pokręcić trochę jednorękich bandytów. Bez wielkich sukcesów (a w Vegas uznaje się tylko jeden rodzaj sukcesu). Ruszyliśmy w górę ku Las Vegas Strip. Dołącza do nas Wiktor i nadchodzi moment wyboru wspólnego kasyna. Decydujemy, że rozbijemy bank w kasynie Ceasar's Palace.



Krótki materiał znad zielonego stołu u Cezara, gospodarzem jest Chris Tucker ;)






Kasyna ulokowane są na parterze i na minusowych piętrach budynku. Klimatyzacja i wentylacja stoi na perfekcyjnym poziomie. Nie czuje się dymu papierosa osoby, która stoi dwa metry od ciebie.

Do ruletki jako pierwszy zasiada Damian, najbardziej doświadczony w ekipie ;).
Zaczął całkiem nieźle, po chwili dołączyłem ja i Darek. Spłukałem się dość szybko i bez historii, Damian po dłuższej walce też poległ z zerem. Za to Wiktor i Darek rozbijają bank. Wiktor zainwestował sześć dolców w jednorękiego. Ten oddał mu najpierw 20$, potem 15$. Posypały się bilony z automatu i gratulacje od innych uzależnionych. Darek wyłożył 20 zielonych, wyszedł ze 180$! Inna sprawa, że straci je w przeciągu kilku piosenek...

Po Ceasar's zwiedzamy kasyno wielkiego MGM Grand Hotel. Tam napotykamy kolejne amerykańskie kuriozum. W szklanej klatce śpią sobie lwy, a do snu kołyszą je nieustanne flesze turystycznych cyfrówek.
Wpadamy też do kilkupiętrowego, firmowego sklepu M&M'sów. Niestety nie ma degustacji.

Odwozimy Wiktora na Central Airport, czeka go lot do Bostonu. Dla niego to koniec tripu. Szkoda.

Od tej pory w trójkę. Ruszamy z powrotem w stronę kasyn. Docieramy na ulicę Freemont, której "experience" to wielki telebim zasłaniający niebo. Reklamy osaczają dosłownie ze wszystkich stron.


Darek na Freemont Street

Po nerwowych naradach wchodzimy do jednego z "klubów". Zabawa okazała się przednia, zwłaszcza dla Damiana i Darka, którzy od tej pory wiedzą, gdzie się zaczyna jeden "song", a gdzie następny. Rozgranicza je kolejne 35 dolców... Widok zniszczonych kobiet wijących się na stole może budzić niesmak (estetyczny). Wielkie zdziwienie wyraziła z kolei kelnerka, która na pytanie "Co do picia?" usłyszała prośbę o czyste Red Bulle. W planie mamy nocny wyjazd z miasta.

Kolację postanowiliśmy przygotować w jakimś zacisznym zakątku. Kilkanaście mil za Vegas znaleźliśmy idealne miejsce. Mały "picnic spot" tuż przy jakimś więzieniu...Przy światłach reflektorów hyundaia wsuwamy sandwicze z najtańszego chleba, do tego ten przeklęty ser i musztarda...Ruszamy na północ. Dojeżdżamy do skrzyżowania niedaleko Amargosa Valley, gdzie kusi nasz solidny zajazd. Sporo RV's i ciężarówek. Okazuje się, że jest lepiej niż dobrze - łazienka plus prysznic za kilka dolców.



Kasyna na Las Vegas Strip:






Trasa, dzień 16 (ok. 150 mil):


View Larger Map

11/12/2007

24/10/07 Death Valley

Nareszcie prysznic. Małomówny gospodarz rzuca nam klucze i ręczniki. W jego gabinecie wielkie na pół pokoju akwarium z rybkami. Nie ma jak trochę odmienności w sercu pustyni. Ruszamy na północny wjazd do Death Valley.

Krajobraz iście księżycowy. Trudno opisać tą pustkę trawioną dzień w dzień nieludzkim słońcem. Warto przejrzeć średnie temperatur w Dolinie. Październik ma temperatury umiarkowane. Średnio 33 stopnie Celsjusza w cieniu. Rekord to 55.


Zwiedzanie zaczynamy od zadbanej posiadłości Scotty's Castle (Zamek Scottiego).


W rzeczywistości była to posiadłość Alberta Musseya Johnsona, milionera z Chicago. Walter Scott, znany tutaj jako Scottie, był genialnym łgarzem. Wmawiał wszystkim, w tym Johnsonowi, iż odkrył kopalnie złota w Dolnie Śmierci. Johnson to kupił, a na części wykupionych (1,500 akrów) ziem zdecydował się zbudować ranczo. Miało mu służyć za zimową rezydencję. Pomysł architektoniczny wyszedł od samego geniusza architektury, Franka Lloyda Wrighta. Niestety, lata wielkiego kryzysu uniemożliwiły całkowitą realizację przedsięwzięcia. Co więcej, okazało się, ze posiadłość budowana jest na ziemiach nienależących już do gruntów Johnsona....
Po przejrzeniu kilku zdjęć wnętrz, postanowiliśmy zachować te kilka dolców w kieszeni i zamiast zwiedzać wnętrza jechać dalej.
Wyjeżdżając z posiadłości mijamy zaspanego kojota, który wyglądał na całkowicie zdezorientowanego. Pewnie to słońce, smaży nieprawdopodobnie.


Dojeżdżamy do krateru Ubehebe, który z indiańskiego oznacza "Big basket in the rock" (Duży kosz w skale) i ruszamy na górę. Surowe, powulkaniczne pejzaże i to piekielne słonce...33 stopnie w cieniu można sobie darować. Przy gruncie temperatura spokojnie przekracza 40.

Krater Ubehebe. W lewym górnym rogu Damian i Darek

Jedziemy na południe, zwiedzamy kolejno - wody nieśmiertelnych rybek Salt Creek, wioskę-centrum Doliny Furnace Creek i główne muzeum. Wszystkie punkty można zobaczyć na tej liście wikipedii. Polecam też mapę Doliny(pdf).
Wreszcie - Badwater. Największa depresja Ameryki Północnej pokryta kryształami soli.

Tutaj swój start ma najcięższy ultramaraton świata - Badwater Ultramarathon.
Materiał wideo przedstawiający kilku szaleńców tej imprezy:



Powoli zmierzcha, pozostaje nam wybór pomiędzy Artist's Drive a Zabriskie Point. Wybieramy magiczne skały Zabriskie'go. Nie udaje nam się dojechać przed zachodem słońca, ale będąc na miejscu nie ma to już żadnego znaczenia.

Chwila oddechu na Zabriskie Point

Wracamy na miejsce naszego noclegu. Na miejscu spotykamy szefa, tym razem w towarzystwie kumpla. Bez zbędnego gadania daje nam klucz do kabin.

- Nie boisz się, ze uciekną ci z tym kluczem? (wzięliśmy klucz przed zapłatą) - pyta towarzysz.
- A niby gdzie mieliby uciec?

Otóż to.

Szybki prysznic, przepakowanie brudów i w drogę powrotną do Vegas. Kilka sekund po starcie słyszymy dziwny odgłos z dachu - Darek zapomniał schować sandały...Kilkuminutowe poszukiwania pomiędzy przejeżdżającymi monstrami zakończone sukcesem.

Do Las Vegas docieramy z niemałym trudem. Półprzytomni zatrzymujemy się na parkingu jakiegoś centrum handlowego w północnej części miasta.





Trasa, dzień 17 (ok. 200 mil):


Wyświetl większą mapę

11/11/2007

25/10/07 Vegas/Arizona

Koczujemy na parkingu do ósmej rano. Zwijamy się w kierunku dużego centrum handlowego. Dziś narodowy sport USA - shopping. Po kilku godzinach łowów i kilkunastu kilogramach ciuchów w torbach, ruszamy na południe. Azymut - Saguaro National Park. Niestety nie udaje nam się wjechać na sławną Route 66 za dnia. Pomimo ostrej jazdy w kierunku Kingman, na 66-tkę wjeżdżamy po zmroku. Kilka godzin na południe w stronę Arizony. Późną nocą szukamy widocznego na mapie rest area. No i znajdujemy. Mały parking na pustej, podrzędnej drodze. Jedna ławka, a dalej już tylko pustynia, skorupiaki, węże, jad... szybkie mycie zębów i kolejna noc w wozie. Jutro dzień pod znakiem kaktusa.


Trasa, dzień 18 (ok. 385 mil):

Wyświetl większą mapę

11/10/2007

26/10/07 Saguaro/Meksyk/Campground

To będzie cholernie długi dzień. Przedostatni na zachodniej stronie U.S, kolejny poświęcony w całości pustyni.
Zaczynamy od podjazdu do Saguaro National Park. Chcemy wreszcie zobaczyć wielkie kaktusy Arizony.

Okazuje się, że te naprawdę wielkie kaktusy "organy" z gatunku Stenocereus thurberi, znajdują się na południu w obszarze Organ Pipe Cactus National Monument, gdzie żyją sobie w stanie dzikim. Saguaro to park kaktusów średnich, co nie znaczy nieciekawych. Objeżdżamy park, w kinie oglądamy film o zwierzątkach... Temperatura powyżej 30 stopni, tak dla przypomnienia.
Postanawiamy uderzyć na ten pomnik wielkich kaktusów. Jest już po 13-ej, a do Parku jest 160 mil. Daleko. Ale w perspektywie mamy granicę z Mexico. Dajemy nieco ciała zatrzymując się po drodze w hipermarkecie. Jedziemy/łamiemy przepisy pustynną drogą stanową nr 86, na której roi się od przygranicznych patroli. Na poboczach wielkie zielone humanoidy z kolcami. Czuje się "obecność" tych roślin. Stojąc z rozpiętymi łodygami wyglądają jak milczący prorocy obróceni twarzą do słońca. Na teren parku wjeżdżamy późnym wieczorem, znowu po zachodzie słońca. Nikogo już tu nie ma, o pracownikach nie wspominając.


Decydujemy się na szybkie zwiedzanie najbliższego szlaku. Mamy szczęście - znajdujemy nasze wielogałęziaste olbrzymy i robimy sobie sesję zdjęciową. Zapału starcza nam do momentu zapadnięcia pełnego zmroku. Z uwagi na ewentualne pająki i inne pluszaki, Damian sugeruje szybki wyjazd z parku. Wielkie szkoda, że nie dotarliśmy tu kilka godzin wcześniej.

Dla zainteresowanych, 8 minut jazdy (nie naszej) po okolicach Saguaro:




Jedziemy na południe, chcemy zajechać na przejście graniczne przy Lee Village. Granica nie jest zbyt gościnna. Bezpańskie psy, pochmurni ludzie w sklepach. Pamiątkowe zdjęcia przy tablicy i w górę.


Po kilkunastu milach autostrada na północ zaczyna się zwężać. Pojawiają się sygnalizatory świetlne, a kilkaset metrów dalej, z mroku wyłania się dwójka strażników Arizony. Szybkie przesłuchanie. Po mojej - pasażera - stronie do okna nachyla się białoskóry jankes, po stronie kierowcy (Darek) - latynos. Pytania padają do Darka, który racze nie należy do tych gadatliwych. Widzę, ze chłopaki zaczynają się zastanawiać, kim my - z tablicami z Colorado - do diabła jesteśmy. Na tylnym siedzeniu budzi się Damian. Wygrzebuje się spod masy bluz i wita nas zaspaną i wygniecioną twarzą. Spalona na brąz twarz i malujące się na niej rozczarowanie...niczym nielegalny Meksykanin, który nie po to zapłacił przewoźnikom, aby go wybudzali na środku pustyni... Na szczęście chłopcy poszczają nas bez większych problemów. Te wciąż przed nami.

Stanową 85-tką dojeżdżamy do autostrady nr 84 (Interstate 8) i walimy prosto w strunę Tucson. Znaleźliśmy tam wielki campground Buena Tierra, w którym na pewno uda nam się wziąć ostatni prysznic. Następny dopiero w NY. Zajeżdżamy na camp, w biurze oczywiście ani widu. Bierzemy więc mapę z pojemnika i szukamy łazienek. Według mapy są na samym środku placu. Jedziemy. Tu stała się rzecz z rodzaju irracjonalnych. Damian podjeżdża samochodem pod samą łazienkę...Po jakichś 3 minutach z piskiem opon podjeżdżają dwa wozy - wielki pickup i osobowy. Kobieta z osobowego krzyczy o paszporty, dokumenty, nie przyjmuje jakichkolwiek prób wytłumaczenia. Policja będzie lada chwila. Dajemy paszporty, tłumaczymy cała sprawę. Niestety, paszporty nie były dobrym pomysłem. Darek ma jeszcze zdjęcia z...no nie wiem skąd, ale tam wygląda jak nie znane nikomu dziecko. Teraz broda i pasek włosów z tyłu głowy...

Na szczęście jej partner wykazuje więcej zimnej krwi. Po gwałtownej wymianie zdań zostajemy odholowani (konwój z przodu i z tyłu) przed bramę campu. Obserwuję gościa w lusterku i widzę, jak naradza się z kobietą via CB. Za bramą dostajemy suchą informację na temat najbliższego truckstopu, w którym wykąpiemy się za kilka zielonych - oni tutaj takich usług nie świadczą.
Gość dziękuje nam za "cooporation" i "positive attitude" co do zaistniałej sytuacji. No problem. Spadamy. Truckstop okazuje się rajem a ziemi. Kilka łazienek, salon masażu, knajpy, sala telewizyjna... Po odnowie biologicznej jedziemy szukać stacji benzynowej. A robi się gorąco - rezerwa paliła się już od dłuższego czasu, do tego elektroniczny pomiar paliwa właśnie się wyłączył. Na szczęście trafiamy na stację, bierzemy jeszcze po herbacie i lecimy na rest area pod Phoenix - nasz ostatni nocleg w Arizonie.



Trasa, dzień 19 (ok. 400 mil):


View Larger Map

11/09/2007

27/10/07 Phoenix

Podczas ostatniego śniadania pozbywamy się resztek amerykańskiego prowiantu. Plan mamy praktyczny - najpierw dworzec Greyhounda, ważymy ciuchy. Nie chcemy ryzyka. Po przygodach Damiana, który fuksem wepchnął 35-cio kilogramową torbę do autobusu w drodze do Chicago...
Jedziemy do centrum, jednak nie mamy ochoty (siły?) czegokolwiek zwiedzać. Mało nam już na tym zależało. Poza tym mieliśmy kilka spraw organizacyjnych do załatwienia. Pierwsza - koce, śpiwory i inne niepotrzebne nam rzeczy. Zostawiamy to wszystko w punkcie Salvation Army gdzieś w północno-zachodnim Phoenix. Całość wyglądała jak kolejna wyprzedaż garage sale. Nasze rzeczy były rozchwytywane zanim doszliśmy do samochodu zostawionego po drugiej stronie ulicy.
Druga sprawa - Sonata. Po solidnym myciu i odkurzaniu wreszcie wygląda jak ta z Denver. Kierujemy się w środek miasta. Wybieramy knajpę na ostatnią buffet-wyżerkę w Stanach. Trafiamy idealnie. Old Country Buffet. Nareszcie sektor napojów jest całkowicie dostępny dla klienta...

Zwiedzamy jeszcze malowniczy park Encanto, odliczając czas do odlotu. Jeszcze jeden podjazd na dworzec autobusowy, tym razem na ostateczne ważenie i ubranie "ciężkich" ciuchów na siebie. Niezbyt przyjemna sprawa - ponad 25 stopni, a my w dżinsach, bluzach i polarach...

Jedziemy na lotnisko, gdzie oddajemy naszego wysłużonego Huyndaia...
zasadnicza część podróży, w towarzystwie samochodu, dobiega końca. Spisał się bez zarzutu. Wynik: 6657 mil.

Na lotnisku jeszcze jeden przebój - jak wspominałem, w Ennis Damian kupił sobie podkowę. Chcąc uniknąć zbędnych kilogramów w torbie, wpakował ją po prostu do kieszeni kurtki. W szaleństwie jest metoda - kontroler przepuszcza terrorystę z żelazem, podpytując nas przy tym o bigos i polskie gołąbki.

Lecimy na wschód, upał Arizony zamieniamy w nowojorską jesień.

Phoenix, niedaleko Encante Park