Pokazywanie postów oznaczonych etykietą national parks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą national parks. Pokaż wszystkie posty

11/26/2007

10/10/07 Yellowstone

Wyjeżdżamy wcześnie rano w kierunku Yellowstone. Wita nas jesienna mgła. Będą nas witać prawie codziennie. Przejeżdżamy przez nizinę, która oddziela łańcuch gór Big Horn od innego pasma Rocky Mountains, Absaroka (nazwa pochodzi od plemienia Indian Apsáalooke (Wrony)) . Niestety, z Big Horn zjeżdżaliśmy wczoraj w nocy. Najprawdopodobniej straciliśmy niezły widok z góry.

Droga w kierunku Cody

Przejeżdżamy przez kowbojskie miasteczko Cody.


Przy wjeździe do parku kupujemy za 80 dolarów roczny karnet, który umożliwia wjazd do wszystkich parków narodowych na terenie USA. Zaczyna się najlepiej jak może - po kilkuset metrach mijamy wolno kroczącego bizona. Po kilku minutach wjeżdżamy na jego teren:

Bizony, wschodnia część Yellowstone Park

O parku pisać można długo...można sobie wyobrazić, co można spotkać w lasach o powierzchni niewiele mniejszej od np. województwa opolskiego. Nie mogliśmy oczywiście dojechać wszędzie, nawet kierując się główną trasą. Po pierwsze czas (największy wróg), po drugie, od października część dróg jest już zamknięta na okres zimowy, zwłaszcza trasy północne.
Udało nam się zobaczyć m.in. :
wodospad Upper Falls,
kotlinę gejzerów
Norris Geyser Basin,
efektowny Grand Prismatic Spring:

Grand Prismatic Spring

no i Starego Wiernego (Old Faithful Geyser), który daje pokaz erupcji średnio co 90 minut.

Tuż po "występie" Old Faithful

Polecamy interaktywną mapę, która znajduje się na oficjalnej stronie Parku.

Wyjeżdżamy z Yellowstone po zmroku. Mamy zamiar podjechać na północ, (ile się da) by z rana szybko wjechać na Interstate 90 i kierować się na zachód. Niestety, źle odczytaliśmy mapę i zamiast na północ skręcamy na południe, do Idaho. Orientujemy się o tym na pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Musimy nadrobić jakieś 50 mil. Jest już grubo po 23.00, gdy wjeżdżamy do miasteczka niczym z filmu o dzikim zachodzie. Ciężko z noclegiem. Na szczęście dwóch dziwnych kolesi ze stacji benzynowej podpowiada nam najbliższy lodge - Sportman's Lodge.



Trasa, dzień 3 (ok. 449 mil):


View Larger Map

11/22/2007

14/10/07 Crater Lake

Pomimo silnych wrażeń sprzed kilku godzin, wyruszamy bez większych problemów. Mgła. Na polach dookoła drogi porozwieszane jakieś polityczne bannery.

Pniemy się na wulkan, by zobaczyć wzór błekitu- Crater Lake - jezioro, które jest centralnym punktem odwiedzin Crater Lake National Park. Tafla jeziora znajduje na wysokości 1883 m n.p.m. Dla porównania, Morskie Oko leży prawie 500 m niżej. Park może mało efektowny w porównaniu z tym, co nas czeka w Kaliforni i Nevadzie, ale...
Crater Lake to amerykański odpowiednik zdarzeń, jakie miały miejsce w wielu częściach świata, w tym na greckich Cykladach - na archipelagu wyspy Thira, którą uznaje się za pozostałość po Atlantydzie. Ogniwo łączące wszystkie te punkty jest natury geologicznej - chodzi i kalderę.
Materiał wideo, który przedstawia przebieg powstania Crater Lake:



Nie wspomniano tutaj o małej wysepce wynurzającej się z jeziora, Wizard Island. To pozostałość wulkanu. W zalanej wodą kalderze wulkan wciąż był aktywny, wypływające warstwy lawy nakładały się i wyczarowały ów kopiec.
Godnym polecenia jest bogato wyposażone - i oczywiście interaktywne - muzeum, gdzie możemy wybierać i oglądać kolejno procesy z zakresu geologii/wody/flory/fauny. Trzeba oddać Amerykanom, że element interakcji z turystami w Parkach Narodowych dopracowali wzorowo. Już teraz polecam post z 21 października, gdzie można zobaczyć Darka z Wiktorem nad wielką planszą jakiegoś kanionu ;)

Wiktor na wulkanicznym śniegu

Jako jedno z najczystszych i najgłębszych (597 m, Morskie Oko jest ponad 10 razy płytsze) jezior Ameryki Północnej oczarowuje wspomnianym już błękitem. Tworzą go wyłącznie opady deszczu i śniegu. Można powiedzieć, że od strony lądu jezioro jest całkowicie zamknięte. Rekordową przejrzystość wód zanotowano w 1997 roku, sięgała ona ponad 43 metry! Jak można się domyślić, wszelkie pluskanie w wodzie jest zabronione.

Kierujemy się ku Kalifornii. Wysokość tracimy bardzo szybko, krajobraz zmienia się błyskawicznie, temperatura również. Obfite lasy Oregonu już za nami, dominują krzewy i sucha roślinność. Robi się duszno. Robimy krótką przerwę i zwiedzamy wschodni brzeg Upper Klamath Lake.

Jezioro Upper Klamath

Zjeżdżamy z autostrady na drogę lokalną, kierujemy się na jesienny, powulkaniczny Lassen Volcanic National Park. Mijamy podniszczone chałupy i farmy. Trzymamy się malowniczej drogi 89/44, aż do Lassen National Forest. Humor dopisuje, walimy sobie sesje zdjęciową na zapomnianej highway.


Wobec gigantów Kalifornii jak park sekwoi, czy skały Yosemite, Lassen stoi na poboczu szlaku turystyki. Z wyżyn wygląda jednak imponująco.

Lassen National Forest

Na autostradzie po parku łapiemy "zająca" i jedziemy za nim z prędkością 80/90 mil na godzinę. Za Lassem skręcamy do malutkiej mieściny na zakupy, gdzie tubylcy patrzą na nas jak na kosmitów. Kierujemy się na południe, by podjechać jak najbliżej miasteczka Bodie. Przekraczamy granice z Nevadą, mijamy rozświetlone Reno, drugie po Vegas centrum kasyn w Nevadzie. Niezły widok. Jest już późno, znowu bardzo zimna noc. Jedyny czynny motel niedaleko Bodie, to drogi punkt spod patronatu AAA. Chcemy Motel 6. Odpuszczamy i jedziemy kolejne kilkadziesiąt minut. Szlag nas trafia. Zmęczenie spore, głód duży, irytacja ogromna z powodu braku motelu. Do tego Damian jest za kółkiem cały dzień. Po spięciu w Seattle i sporach dzień później, za punkt honoru przyjał sobie bycie kierowcą przez całą dzisiejszą trasę. I mamy za swoje. Trafiamy na Motel 6 tuż przed wjazdem do Yosemite National Park. Jak się można domyśleć, wyszliśmy stratni - cena ta sama co w AAA. Na osłodę mamy trio szopów, które kręci się przy naszym samochodzie.




Trasa, dzień 7 (ok. 660 mil):


View Larger Map

11/21/2007

15/10/07 Bodie/Yosemite National Park

Rano wracamy obejrzeć szczątki ghost town, czyli miasteczka "ducha" - Bodie.


Kilka kilometrów po utwardzonej piaszczystej drodze, potem po dziurach i kamieniach. Mamy szczęście być jednymi z pierwszych turystów wjeżdżających na obszar miasteczka.
Poranne Bodie to jedno z trudniejszych miejsc do zamieszkania. W październiku wieje dość zimny i porywisty wiatr z północy o zimie szkoda mówić.


Nikt normalny nie założyłby tu osady, chyba że przyciągnąłby go jakiś cud natury. Miasteczko schowane jest w kotlinie górskiego pasma Wassuk Range, wschodniej części Gór Nevady (Sierra Nevada). Jeśli weźmiemy bardziej praktyczną mapę, to zobaczymy, że Bodie leży na południowym skraju obszaru określanego jako Sierra Nevada Gold Fields (Złote Zagłębie Gór Nevady), rozciągające się od Feather River na północy po American River na południu.
Wiadomo więc o jaki cud natury tu chodzi. U szczytu kruszcowej koniunktury mieszkało tam nawet do 10 tysięcy ludzi. To jedno z największych miasteczek Old Westu. Co z niego pozostało? Po Chińczykach, którzy mieli tu własne chinatown - płat pustej łąki. Po banku - drzwi z framugą. Najlepiej utrzymaną ruiną jest oczywiście sklep z pamiątkami.
Miasteczko jest dość rozległe. Polecam interaktywną mapę miasteczka, w którym stan dzisiejszy porównano z jego odpowiednikiem sprzed wieku.
Jedziemy z powrotem na południe, do wschodniego wejścia Yosemite National Park. Nie mamy konkretnego planu na Yosemite. Jest tego tyle, że nie wiemy gdzie jechać. Podobnie jak w Yellowstone, zaczynamy od północy, które na dłuższy pobyt dostępne jest tylko dla skautów posiadających odpowiednie zezwolenie (kwalifikacje). Jedziemy na spotkanie dwóch wodospadów Tueeulala i Wapama w dolinie Hetch Hetchy, a zastajemy jedynie ich ślady i wielki zbiornik wody. Fajnie. Wracamy na południe, znaleźć dwóch największych bohaterów parku, "Kapitana" i "Połowę Sklepenia" (Half Dome) (tłumaczenie własne). Historia imion tworzących mapę Yosemite Park jest nierzadko zawiła. Nazewnictwo jest takim samym polem walki pomiędzy kolonizatorami a Indianami (politycznie poprawnie -
natives jak całe ziemie Stanów. Po historię innych imion odsyłam do tego słownika.

Kapitan jest ucieleśnieniem wspinaczkowych marzeń. Albo na odwrót - on te marzenia wykreował.
W przypadku Half Dome, piękno tegoż uzasadnione jest przede wszystkim jego profilem (stoi po prawej). My zobaczymy go
en face z szerokiej polany w Dolinie.


Do doliny wjechaliśmy idealnie - zachód słońca tuż tuż. Tłum ludzi nad Merced River szykuje się do skadrowania Kapitana przy zachodzącym słońcu. Pełno statywów, i wszelkiego rodzaju sprzętu fotograficznego. Całość wygląda po prostu niesamowicie. Trudno opisać piękno, które pełnię ukazuje człowiekowi w milczącej kontemplacji. Polecam dzieła jednego największych amerykańskich fotografów - Ansela Adamsa. Jego czarno białe fotografie parków narodowych zapierają dech nie mniej niż sama przyroda.

W centrum parkowej wioski zagadujemy rangera, chcemy wiedzieć gdzie się podział Wapama i jak dojść do wodospadu Yosemite. Ranger oświeca nas mówiąc, że w tym żadnego wodospadu nie zobaczymy. Opady były mizerne i po wodospadach zostały tylko ich cienie na skałach. Nie zobaczymy największego na północnym kontynencie Yosemite Falls. Niech to szlag...

Wyjeżdżamy z Yosemite po zmierzchu. Warto przypomnieć, że mamy dzisiaj poniedziałek - drugi po niedzieli dzień rozgrywek ligi NFL. Dzisiaj mecze rozgrywane są w czasie "prime time", ok 20.oo-22.oo. (W niedzielę grają za to prawie przez cały dzień, jeśli weżmiemy pod uwagę wszystkie strefy czasowe). Po wsiach krążą patrole policji. W pewnym sensie można mówić o cotygodniowej policyjnej akcji "monday footbal"...

Dokujemy w mieście Fresno. Plan tripu przewidywał tzw. dzień wolny, krótką regenerację. Zmieniamy program. Wpadniemy w odwiedziny do Generała Shermana, by potem pognać ostro w górę, i próbować dojechać na noc do San Francisco.



Trasa, dzień 8 (ok. 250 mil):


View Larger Map

11/20/2007

16/10/07 Sequoia National Park

Sierra Nevada. Bariera klimatyczna, oddzielająca urodzajną "Amerykę Ameryki" - Kalifornię od Wielkiej Kotliny pustynnej Nevady. Między masywem High Sierra a górami Diablo Range rozciąga się wielka dolina San Joaquin Valley, która jest darem dla plantatorów wszelkich owoców i warzyw. Przejeżdżamy przez pas plantacji i dojeżdżamy do lasów Sequoia National Park, które wraz z położonym tuż nad nim Kings Canyon National Park tworzą wielki rezerwat ogałęzionych gigantów. Drogą, którą będziemy jechać będzie Shermans Road, przemianowana dalej na Generals Highway, zawiezie nas do największych z tych olbrzymów. Pogoda, niestety, pogarsza się, i to diametralnie. Na wysokości Parku przechodzi właśnie front z zachodu. Im wyżej w góry, tym zimniej. Chmury drapią o korony drzew i pod kopułą mgły zamykają nas z tymi gigantami niczym w prehistorycznym czasie. Jadąc samochodem widzimy tylko grube pnie sięgające rozrzedzonej bieli. Za pierwszy przystanek wybieramy obszar zwany Redwood Mountain Grove, największego gaju sekwoj na świecie.. Zjeżdżamy nieludzko wyboistą "czarną" drogą wgłąb lasu i mamy okazję połazić między drzewami. Znajdujemy też połamane i spalone pnie. Wracając na główną drogę o mało nie dochodzi do dramatu. Do Redwood wjeżdżają wielgachnym landroverem jacyś Meksykanie, brakuje kilku sekund do stłuczki. Mamy szczęście, wszyscy cali. Jadąc dalej w dół autostradą Generała (mapka pdf) docieramy do głównego punktu wycieczki. Generał Sherman. Wiek - 2,300 - 2,700 tysięcy lat. 83,8 metra wysokości. Pojemność pnia - 1487 metrów sześciennych. Sherman jest największy, jeśli bierzemy pod uwagę właśnie ten parametr, a nie jego wysokość. Najwyższą sekwoją jest z kolei Hyperion, rosnący w Redwood (115m). Imię "Sherman" - po żołnierzu - trochę niefortunne.

Oto William Tecumseh Sherman (źródło: http://www.sonofthesouth.net):

Poza wojną secesyjną, W. T. Sherman wsławił się jako biały "najeźdźca" i głównodowodzący wojsk skrupulatnie wybijających rdzennych mieszkańców Ameryki. Sekwoje, innego rodzaju natives, padły ofiarą ironii losu.

Ciekawa historia kryje się za problemem regularnych pożarów, z którymi uparcie walczyli kalifornijscy
firefighters. Okazało się, że pożary są niezbędne Shermanowi i spółce do przetrwania. Nasiona sekwoi wytrzymują wysokie temperatury, które z kolei okazują się śmiertelne dla ich rywali, walczących z gigantami o swoje miejsce w lesie. Strażacy zrozumieli, że "naturalne" przeciwieństwa jak las i ogień mogą ze sobą żyć w symbiozie. Co więcej, nie ma się co martwić o dorosłych przedstawicieli Sequoia sempervirens. Wiele z nich ma całkowicie przepalone pnie i w ogóle im to nie przeszkadza...

Sherman otoczony jest dookoła drewnianymi deptakami. W głębi skweru znajduje się zarys jego przekroju. Robi wrażenie.


Ponieważ jest nieludzko zimno i wilgotno, zwijamy się z tego prehistorycznego lasu dość szybko. Zjeżdżamy serpentynami na południe, warunki trudne - deszcz, mgła. Nagrodą za udany slalom jest uchwycony przez Wiktora piękny widok doliny San Joaquin i gór, po których sunie front.


Kierujemy się na zachód, do zapchanej wielkimi tirami autostrady Interstate 5. Teraz prosto na północ, do San Francisco. Wygląda na to, że będzie gładko, 5-tka to prosta linia, kilkuset milowa patelnia prowadząca prosto do metropolii. Robi się ciemno.
W pewnym momencie zderzamy się z widmem.
Z początku czuliśmy jakiś dziwny zapach, jego ślad, więc żeby się tego pozbyć, otworzyliśmy okna...kilkusekundowy szok. Nie da się opisać. Tsunami smrodu. Minęliśmy to tak szybko, jak to było możliwe. Po wielu dniach, po przyjeździe do Polski, sprawdziłem: Cowschwitz (punkt D na dzisiejszej mapie). Wielka umieralnia bydła (3.2 km2) autorstwa Jacka Harrisa (co jest tylko malutką częścią jego ogromnego (57km2) rancza, na którym uprawiany jest m.in. czosnek, pomidory, granaty...), zaopatrująca m.in. fast-foodową sieć In-N-Out, sławną za umieszczanie na swych opakowaniach odnośników do wersetów Biblii, np. ten (Księga Apokalipsy Św. Jana). Cowschwitz, największy dostawca wołowiny na Zachodnim Wybrzeżu. 100 000 sztuk bydła. Co najmniej. Jeśli ktoś ma dylemat, czy
penize nesmrdi, to Harris Ranch jest najlepszym miejscem na tego typu rozważania. Dwie przykładowe interpretacje: pierwsza, lub druga. Mieszkańcy niedalekich mieścin (np. Huron) wyrażają się o sławnym smrodzie w rozbrajający sposób: "You can't do anything about it. So we got to smell it." ("Nic na to nie poradzisz. Musimy to wąchać").

Tłuczemy się piątką kilka godzin, wliczając w to przerwę na Mac'a (idealne zwieńczenie doświadczenia z Cowschwitz...) i zakupy, oczywiście Wallmart. Nie możemy rozszyfrować problemu śwateł w naszym hyundaiu. Co jakiś czas z naprzeciwka walą nas po oczach długimi światłami, choć za każdym razem jechaliśmy z krótkimi. Wersje są dwie - albo są źle ustawione, albo tył samochodu podnosi przód wozu do góry i tym samym i kąt padania świateł. Trudno, inni muszą trochę pocierpieć.

Do obrzeży SF dojeżdżamy ok 3.oo w nocy, zatrzymujemy się na rest area. Jutro Golden Gate.



Trasa, dzień 9 (ok. 390 mil):


View Larger Map

11/15/2007

21/10/07 Grand Canyon

Ostatni fragment wyścigu o "południowy" Kanion, droga nr 64 z Williams, wygląda na zaaranżowaną. Przez 80% trasy jest pustynnie. Na kilka mil przed wielkim wydarzeniem wyrastają krzewy, potem drzewa. Wszystko jest umyślnie zamaskowane, by przedwcześnie dostrzeżony (wcześniej niż na samym jego brzegu) zniszczył narastające oczekiwanie. Pisać o cudzie (a zarazem o największym materiale badań naukowych) Grand Canyon nie widzę sensu...na widok 10 milionów lat można tylko otworzyć usta i podziwiać. Nie dotarliśmy na słynną kładkę ze szkła Grand Canyon Skywalk. Ta znajduje się w zachodniej części Parku, na terenie rezerwatu Indian Hualapai. Dla ciekawych wszystkiego, materiał wideo z you tube.

Docieramy więc nad Kanion idealnie. Słońce zaczyna rysować pierwsze Świątynie rzeki Colorado. Jest bardzo zimno. Grubo poniżej 10C, do tego ostre powietrze.


Może zabrzmi to dziwnie, ale oglądanie Kanionu z samej krawędzi również nie ma większego sensu. Chyba, że ma się ochotę na zabawę z mapą i wskazywania kolejnych Świątyń - Buddy, Konfucjusza, Głowy smoka...tych kilkanaście kilometrów przestrzeni zlewa się w płaską tapetę, na której trudno wyczuć wielkość kanionu w jej fizycznym wymiarze. Dopiero wycieczka w dół, konno, daje jakąkolwiek możliwość doświadczenia dzieła natury. Mieliśmy okazję dostrzec pierwszą bazę szlaku w dół rzeki. Skupisko kilku domów - ledwo widzialnych z góry. Dotarcie do nich zajmuje około jednego dnia wędrówki.


Wystarczyło jednak zejść kilkanaście metrów w dół, poza zakres turystycznych krzyków i odgłosów lustrzanek, by doświadczyć nieprawdopodobnie czystej ciszy, która po chwili rozsadza głowę.
Część szlaku wzdłuż południowego kanionu pokonujemy autobusami. Chwila przerwy owocuje błyskawicznie:


Pobyt nad Kanionem zamykamy zachodem słońca na zachodniej stronie parku, przy punkcie Desert View.

Ruszyliśmy na północ, Wiktor z Darkiem odpłynęli po kilku milach jazdy.

Docieramy do miasteczka Page. Odwiedziliśmy tamtejszy Wallmart. Mieli dużo kiełbasy, która ma status dość wysoki:


Wiktor skusił się na kupno sera a la hochland, w plasterkach. Kilkanaście centów. Stopień ohydy tego czegoś wzbudza pewien respekt...jak może być coś tak genialnie niesmacznego? Czy trzeba wspominać, że skoro to coś było kosmicznie tanie, to wzięliśmy kilka paczek na zapas? Nie dało się tego jeść ani z musztardą, ani z keczupem. Pseudożarcie z biedronki to przy tym frykasy. Będziemy męczyć te plasterki jeszcze długo po tym, jak Wiktor opuści nas w Las Vegas. Ostatecznie wyrzucimy go do kosza na rest area pod Phoenix... Musztardę też. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Welkie dzieło przyrody za nami. Jutro okaże się, że Grand Canyon może być traktowany jako preludium do cudów z piasku w stanie Utah.



Dzień 14, trasa do Page (ok. 137 mil) :


View Larger Map

11/14/2007

22/10/07 Zion National Park/Las Vegas

Trasa Denver-Page. Przy najkrótszej opcji - siedmiuset mil, podróż zabrała by nam oficjalnie jakieś 10 godzin. My zrobiliśmy ją w dwa tygodnie, mając na liczniku prawie 5.000 mil. Te dwa tygodnie nie byłyby stracone, gdybyśmy zostali wyłącznie w granicach Utah.

Rano w motelu mamy okazję na pranie. Pralki z bębnami są tutaj rarytasem. W pralniach płacisz za nie więcej niż za typowe maszyny. Te mają w środku śmigło, które łatwiej niszczy ciuchy. Ciuchy takie jak T-Shirty można tu kupować równie często jak płatki kukurydziane. Tak więc w motelu są tylko te śmigła. Na szczęście Amerykanie nie lubią suszyć i prasować. Suche i niewygniecione ciuchy w godzinę, dwie, dzięki automatycznym suszarkom. Późnym ranem ruszamy na zachód, w kierunku Zion National Park. Naszpikowane kanionami-cudami geologii Utah. National Arches Park, Glen Canyon, Canyonlands, Bryce Canyon... My mamy dylemat między tym ostatnim a Zion.
Decydujemy się na drugi, leżący najdalej na zachód, w drodze do Las Vegas. Jest bliżej, będzie więcej czasu na wędrówki. Główna atrakcja Parku, kanion Zion (z herbajskiego -pierwotnie- "wysoki", obecnie "ziemia obiecana") jest niewielki w porównaniu z sąsiadem z południa. 24 kilometry długości, 800 metrów głębokości. Ma za to jeden plus - jest na miarę ludzkich możliwości...




Angels View (fot. wikipedia)

Park w swych początkach nosił inne imię - Mukuntuweap National Monument, jednakże społeczność mormonów, która w połowie XIX wieku jako pierwsza grupa ludzi zachodniej cywilizacji zasiedliła te ziemie , nie akceptowała nazwy indiańskiego pochodzenia. Dla nich były to ziemie raju hebrajskiego. Do parku wjeżdżamy malowniczą Zion-Mt.Carmel Highway. Podobno wschodnia strona Parku jest najciekawszą jego częścią. Wiele tworów na tym obszarze nie ma nadanych nazw. Wschód jest więc dla Amerykanów na pewien sposób nieuformowany/nieznany. Wędrówkę rozpoczynamy od okolic Checkboard Messa (Szachownica) i Sandbluff.

Zion National Park. W tle Checkboard Messa

Wiktor na Sandbluff

Skały kanionu to głównie piaskowiec. Pocierając dłonią, każda skała rozsypuje się na oczach. Z geologicznej perspektywy, liczonej w milionach lat, kanion (ponownie) obróci się w piaszczyste wydmy.

W kanionie obowiązuje zakaz używania prywatnych samochodów. Wgłąb można się dostać tylko na piechotę albo parkowym autobusem. Parki Narodowe USA walczą o byt, któremu zagraża ich własna, ogromna popularność.
Dojeżdżamy do szlaku prowadzącego na Weeping Rock (Płaczącą Skałę). Z daleka wygląda niczym nowotwór z mchu i roślinności. Do zmierzchu poszukujemy "Ukrytego Kanionu" schowanego w onirycznych skalnych korytarzach.

Szlak na "Hidden Canyon"

Wyjeżdżamy z kanionu po zmroku, kierunek Vegas. Wjazd do mekki hazardu ma sens tylko w nocy. Kilkanaście minut poszukiwań noclegu, w końcu zajeżdżamy do motelowej meliny na Tropicana Avenue. Mamy dylemat, który bolał nas już w LA - nie wiemy, gdzie nasze rzeczy będą bezpieczniejsze - w hyundaiu czy w pokoju...

Idziemy na pierwsze rozeznanie terenu. Kicz zalewa nas z każdych stron, a my ledwo co weszliśmy na skrzyżowanie złotego MGM Grand Hotel z makietą Manhattanu...

Hotel/Kasyno "Excalibur" ma skrzyżowaniu West Tropicana Avenue i South Las Vegas Boulevard

Dalej już tylko lepiej - miniParyż, turyści w piżamach (po co się męczyć w ciuchach, i tak zaraz usiądą przy jednorękich bandytach), pełno Meksykanów z ulotkami prostytutek i klubów striptizowych. Dziewczyn nie ma na ulicach, to pewnie efekt kolejnego etapu informatyzacji społeczeństwa... Latynosi stoją wzdłuż największych ulic Vegas i niezmordowanie uderzają o te ulotki kciukami. Brzmią jak nowy, miejski gatunek świerszczy.

Ceny noclegów, wyżywienia i innych niezbędnych do życia potrzeb są tutaj o wiele niższe niż w innych stanach. Nic dziwnego - oprócz pustyni, Nevada nie oferuje nic innego, jedynie turystykę nakierowaną na hazard. Ludzie mają przyjeżdżać po to, żeby zostawiać kasę w dziesiątkach kasyn, a nie w kiepskim żarciu u Chińczyka. (Chińskie buffets mają najtańsze jedzenie pośród innych (meksykańskich, amerykańskich) barów).

Spektaklem przyciągającym największą rzeszę turystycznych kamer i aparatów, to bez wątpienia pokaz fontann hotelu Bellagio w towarzystwie muzyki. Trafiamy na "Time to say goodbye" Andrei Bocelli i "Viva Las Vegas" samego króla Elvisa.

Fontanny Bellagio

Jest to przedostatni wieczór Wiktora z nami. Do motelu wracamy o ludzkiej porze, szykując się na jutrzejsze emocje na "zielonych stołach".





Mapa w formie dynamicznej z oficjalnej strony Parku.

Trasa, dzień 15 (ok. 290 mil):


View Larger Map

11/12/2007

24/10/07 Death Valley

Nareszcie prysznic. Małomówny gospodarz rzuca nam klucze i ręczniki. W jego gabinecie wielkie na pół pokoju akwarium z rybkami. Nie ma jak trochę odmienności w sercu pustyni. Ruszamy na północny wjazd do Death Valley.

Krajobraz iście księżycowy. Trudno opisać tą pustkę trawioną dzień w dzień nieludzkim słońcem. Warto przejrzeć średnie temperatur w Dolinie. Październik ma temperatury umiarkowane. Średnio 33 stopnie Celsjusza w cieniu. Rekord to 55.


Zwiedzanie zaczynamy od zadbanej posiadłości Scotty's Castle (Zamek Scottiego).


W rzeczywistości była to posiadłość Alberta Musseya Johnsona, milionera z Chicago. Walter Scott, znany tutaj jako Scottie, był genialnym łgarzem. Wmawiał wszystkim, w tym Johnsonowi, iż odkrył kopalnie złota w Dolnie Śmierci. Johnson to kupił, a na części wykupionych (1,500 akrów) ziem zdecydował się zbudować ranczo. Miało mu służyć za zimową rezydencję. Pomysł architektoniczny wyszedł od samego geniusza architektury, Franka Lloyda Wrighta. Niestety, lata wielkiego kryzysu uniemożliwiły całkowitą realizację przedsięwzięcia. Co więcej, okazało się, ze posiadłość budowana jest na ziemiach nienależących już do gruntów Johnsona....
Po przejrzeniu kilku zdjęć wnętrz, postanowiliśmy zachować te kilka dolców w kieszeni i zamiast zwiedzać wnętrza jechać dalej.
Wyjeżdżając z posiadłości mijamy zaspanego kojota, który wyglądał na całkowicie zdezorientowanego. Pewnie to słońce, smaży nieprawdopodobnie.


Dojeżdżamy do krateru Ubehebe, który z indiańskiego oznacza "Big basket in the rock" (Duży kosz w skale) i ruszamy na górę. Surowe, powulkaniczne pejzaże i to piekielne słonce...33 stopnie w cieniu można sobie darować. Przy gruncie temperatura spokojnie przekracza 40.

Krater Ubehebe. W lewym górnym rogu Damian i Darek

Jedziemy na południe, zwiedzamy kolejno - wody nieśmiertelnych rybek Salt Creek, wioskę-centrum Doliny Furnace Creek i główne muzeum. Wszystkie punkty można zobaczyć na tej liście wikipedii. Polecam też mapę Doliny(pdf).
Wreszcie - Badwater. Największa depresja Ameryki Północnej pokryta kryształami soli.

Tutaj swój start ma najcięższy ultramaraton świata - Badwater Ultramarathon.
Materiał wideo przedstawiający kilku szaleńców tej imprezy:



Powoli zmierzcha, pozostaje nam wybór pomiędzy Artist's Drive a Zabriskie Point. Wybieramy magiczne skały Zabriskie'go. Nie udaje nam się dojechać przed zachodem słońca, ale będąc na miejscu nie ma to już żadnego znaczenia.

Chwila oddechu na Zabriskie Point

Wracamy na miejsce naszego noclegu. Na miejscu spotykamy szefa, tym razem w towarzystwie kumpla. Bez zbędnego gadania daje nam klucz do kabin.

- Nie boisz się, ze uciekną ci z tym kluczem? (wzięliśmy klucz przed zapłatą) - pyta towarzysz.
- A niby gdzie mieliby uciec?

Otóż to.

Szybki prysznic, przepakowanie brudów i w drogę powrotną do Vegas. Kilka sekund po starcie słyszymy dziwny odgłos z dachu - Darek zapomniał schować sandały...Kilkuminutowe poszukiwania pomiędzy przejeżdżającymi monstrami zakończone sukcesem.

Do Las Vegas docieramy z niemałym trudem. Półprzytomni zatrzymujemy się na parkingu jakiegoś centrum handlowego w północnej części miasta.





Trasa, dzień 17 (ok. 200 mil):


Wyświetl większą mapę

11/10/2007

26/10/07 Saguaro/Meksyk/Campground

To będzie cholernie długi dzień. Przedostatni na zachodniej stronie U.S, kolejny poświęcony w całości pustyni.
Zaczynamy od podjazdu do Saguaro National Park. Chcemy wreszcie zobaczyć wielkie kaktusy Arizony.

Okazuje się, że te naprawdę wielkie kaktusy "organy" z gatunku Stenocereus thurberi, znajdują się na południu w obszarze Organ Pipe Cactus National Monument, gdzie żyją sobie w stanie dzikim. Saguaro to park kaktusów średnich, co nie znaczy nieciekawych. Objeżdżamy park, w kinie oglądamy film o zwierzątkach... Temperatura powyżej 30 stopni, tak dla przypomnienia.
Postanawiamy uderzyć na ten pomnik wielkich kaktusów. Jest już po 13-ej, a do Parku jest 160 mil. Daleko. Ale w perspektywie mamy granicę z Mexico. Dajemy nieco ciała zatrzymując się po drodze w hipermarkecie. Jedziemy/łamiemy przepisy pustynną drogą stanową nr 86, na której roi się od przygranicznych patroli. Na poboczach wielkie zielone humanoidy z kolcami. Czuje się "obecność" tych roślin. Stojąc z rozpiętymi łodygami wyglądają jak milczący prorocy obróceni twarzą do słońca. Na teren parku wjeżdżamy późnym wieczorem, znowu po zachodzie słońca. Nikogo już tu nie ma, o pracownikach nie wspominając.


Decydujemy się na szybkie zwiedzanie najbliższego szlaku. Mamy szczęście - znajdujemy nasze wielogałęziaste olbrzymy i robimy sobie sesję zdjęciową. Zapału starcza nam do momentu zapadnięcia pełnego zmroku. Z uwagi na ewentualne pająki i inne pluszaki, Damian sugeruje szybki wyjazd z parku. Wielkie szkoda, że nie dotarliśmy tu kilka godzin wcześniej.

Dla zainteresowanych, 8 minut jazdy (nie naszej) po okolicach Saguaro:




Jedziemy na południe, chcemy zajechać na przejście graniczne przy Lee Village. Granica nie jest zbyt gościnna. Bezpańskie psy, pochmurni ludzie w sklepach. Pamiątkowe zdjęcia przy tablicy i w górę.


Po kilkunastu milach autostrada na północ zaczyna się zwężać. Pojawiają się sygnalizatory świetlne, a kilkaset metrów dalej, z mroku wyłania się dwójka strażników Arizony. Szybkie przesłuchanie. Po mojej - pasażera - stronie do okna nachyla się białoskóry jankes, po stronie kierowcy (Darek) - latynos. Pytania padają do Darka, który racze nie należy do tych gadatliwych. Widzę, ze chłopaki zaczynają się zastanawiać, kim my - z tablicami z Colorado - do diabła jesteśmy. Na tylnym siedzeniu budzi się Damian. Wygrzebuje się spod masy bluz i wita nas zaspaną i wygniecioną twarzą. Spalona na brąz twarz i malujące się na niej rozczarowanie...niczym nielegalny Meksykanin, który nie po to zapłacił przewoźnikom, aby go wybudzali na środku pustyni... Na szczęście chłopcy poszczają nas bez większych problemów. Te wciąż przed nami.

Stanową 85-tką dojeżdżamy do autostrady nr 84 (Interstate 8) i walimy prosto w strunę Tucson. Znaleźliśmy tam wielki campground Buena Tierra, w którym na pewno uda nam się wziąć ostatni prysznic. Następny dopiero w NY. Zajeżdżamy na camp, w biurze oczywiście ani widu. Bierzemy więc mapę z pojemnika i szukamy łazienek. Według mapy są na samym środku placu. Jedziemy. Tu stała się rzecz z rodzaju irracjonalnych. Damian podjeżdża samochodem pod samą łazienkę...Po jakichś 3 minutach z piskiem opon podjeżdżają dwa wozy - wielki pickup i osobowy. Kobieta z osobowego krzyczy o paszporty, dokumenty, nie przyjmuje jakichkolwiek prób wytłumaczenia. Policja będzie lada chwila. Dajemy paszporty, tłumaczymy cała sprawę. Niestety, paszporty nie były dobrym pomysłem. Darek ma jeszcze zdjęcia z...no nie wiem skąd, ale tam wygląda jak nie znane nikomu dziecko. Teraz broda i pasek włosów z tyłu głowy...

Na szczęście jej partner wykazuje więcej zimnej krwi. Po gwałtownej wymianie zdań zostajemy odholowani (konwój z przodu i z tyłu) przed bramę campu. Obserwuję gościa w lusterku i widzę, jak naradza się z kobietą via CB. Za bramą dostajemy suchą informację na temat najbliższego truckstopu, w którym wykąpiemy się za kilka zielonych - oni tutaj takich usług nie świadczą.
Gość dziękuje nam za "cooporation" i "positive attitude" co do zaistniałej sytuacji. No problem. Spadamy. Truckstop okazuje się rajem a ziemi. Kilka łazienek, salon masażu, knajpy, sala telewizyjna... Po odnowie biologicznej jedziemy szukać stacji benzynowej. A robi się gorąco - rezerwa paliła się już od dłuższego czasu, do tego elektroniczny pomiar paliwa właśnie się wyłączył. Na szczęście trafiamy na stację, bierzemy jeszcze po herbacie i lecimy na rest area pod Phoenix - nasz ostatni nocleg w Arizonie.



Trasa, dzień 19 (ok. 400 mil):


View Larger Map